Uwaga!

Blog zawiera treści skupiające się w większej mierze na tematyce Yaoi/Shōnen-ai. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Informacje

21 maja, 2016

Dzień rozpoczynający niekończącą się wędrówkę.

„Ten, kto wraca,  jest zawsze kimś innym
niż ten, który odszedł.”
— Leena Krohn



      Szukasz go wzrokiem po zatłoczonym udręką pustkowiu.
      Dzień, w którym uświadomiłeś sobie, że twój oddany przyjaciel, będący nieodłącznym kompanem twego dotychczasowego życia, okazał się tylko wyidealizowanym pragnieniem prowadzącym cię ku wyidealizowanym perspektywą, których osiągniecie było czymś nazbyt wyidealizowanym, a co za tym idzie – zgubnym, był dniem rozpoczynającym niekończącą się wędrówkę.
      Nie dostrzegasz go, ale przesz do przodu, popychany przez osaczającą cię udrękę.
      Pamiętasz, że nim przyszło uświadomienie, to swego przyjaciela kochałeś nad życie? Wielbiłeś tę niezmąconą postać doskonałości. Byłeś pewien, iż tylko dzięki niemu i tylko z nim dojdziesz na sam szczyt. Jakże się myliłeś, prawda? Jedyne, co dzięki niemu i tylko z nim uzyskałeś, to porażka.
      Wyschnięta na wiór ziemia, pęka pod twoimi stopami. Rozglądasz się bezradnie po rozciągającej się umarłej przestrzeni, zalęgłej przez udrękę. I wciąż nie możesz go odnaleźć.
      Tak bardzo żałowałeś, i nadal żałujesz. Gdybyś wówczas postąpił inaczej, gdybyś choć raz posłuchał tego, co mówi ktoś inny. Wtedy może byłbyś szczęśliwszym człowiekiem. Jednak ty zawsze wiedziałeś, co dla ciebie najlepsze, dlatego postawiłeś na swoim.
      I odszedłeś.
      Zabierając ze sobą jedynie tego, w którego ślepo wierzyłeś.
      Jesteś rozdarty na miliony kawałków. Ale to nic. Idziesz dalej. A on ciągle ci towarzyszy. Czujesz na karku jego zimny oddech. Oddech twojego wiernego przyjaciela. On kroczy tuż obok ciebie. Rozdziera cię na miliony kawałków. Potem skleja. A potem znów rozdziera. I tak w kółko. Nieprzerwanie. Jest jeszcze udręka, otacza cię, obserwuje, cicho się śmieje. Sam nic nie widzisz. Nie widzisz go. Gdzie on jest?...
      Jak mogłeś zgubić tak ważną osobę? Nie. Przecież to nie ty zgubiłeś. To ty zostałeś zgubiony. Ale, czy zgubionego się nie szuka? Ciebie nikt nie szuka, a może?... Chyba nie. Nie zostałeś zgubiony, sam się zgubiłeś, a teraz robisz co możesz, żeby się odnaleźć.
      Dlaczego on to robi? Dlaczego tak cię dręczy? Przyjaciel. Ciągle szepta, że cię nigdy nie opuści. Chce dotrzymać danej obietnicy. Chyba kojarzysz? Dźwięczało w niej „na zawsze”. I teraz też dźwięczą ci w umyśle te dwa słowa… Dopada cię panika, chcesz przed tym uciec. Uciec jak najdalej przed przyjacielem na dobre i złe. I biegniesz. Coraz szybciej. Mając zamknięte oczy. I wiatr cię pcha w tył, jakby był przeciwny łamania złożonych obietnic. I potykasz się. Upadasz. I wszystko inne też wydaje się przeciwne twoim poczynaniom. I jeszcze ten dziki krzyk, którym obdarowuje cię świat: „chciałeś to masz!”. Wstajesz, nie oglądasz się i biegniesz dalej. Ale za chwilę zatrzymujesz się. Drżysz. Nie uciekniesz przed nim. Bo on zawsze był częścią ciebie.
      Samotność; twój najlepszy przyjaciel.
      Czujesz drapanie w gardle. Każda cząstka twojego zmęczonego ciała żałośnie błaga o odrobinę nawodnienia. Jest zbyt gorąco. Zrobiłbyś wszystko za łyk wody. Wzrokiem przemierzasz po równinach udręki, i nie widzisz nic. Wciąż nie możesz go dostrzec. Jesteś bezradny, bezsilny. Poruszasz się tylko i wyłącznie dzięki jakiejś złudnej nadziei, która cię jeszcze nie opuściła. Nie widzieć czemu.
      Dziwne. Raz widzisz ciemność, a za moment oślepiające światło. I znowu ciemność. Chwilę  nozdrzami wciągasz kurz i zapach spalonej słońcem ziemi. A potem nie ma nic. A potem otwierasz oczy i silne światło paraliżuje twój wzrok. Kolejny raz zasłabłeś. Wstajesz z brudnej ziemi i z trudem wleczesz się przed siebie. Nie wiesz dokąd. Nie wiesz po co. A nie… dobrze wiesz po co. Szukasz go. I zanim go nie znajdziesz, nie poddasz się.
      Skóra piecze cię niemiłosiernie, masz ochotę zanurzyć się po czubek głowy w wannie wypełnionej po brzegi kostkami lodu. Poparzenia słoneczne są nie do zniesienia, a upał z każdą następną sekundą staje się coraz silniejszy. Krew w twoich żyłach wrze, pali ciało od środka. Powoli zamieniasz się w masę bez życia. Odczuwasz skutki nietrafności swych wyborów. I przeszywa cię fala rozgoryczenia.
      Gdybyś miał choć odrobinę śliny w ustach, to z chęcią splunąłbyś sobie w twarz.
      Czy Bóg ci wybaczy samolubne postępowanie? Nie, wróć. Czy on ci wybaczy samolubne postępowanie? Bo Bóg tak naprawdę cię nie obchodzi, nigdy cię nie obchodził. W istocie nigdy cię nawet nie obchodziło czy trafisz do niebios bram, czy tych piekieł. A może po prostu zawsze wiedziałeś, że jesteś skazany na potępienie i teraz udajesz, iż tak życiowe kwestie są ci obojętne, bo boisz się nieodpartej prawdy?
      Całym sobą przejawiałeś egoizm. Jednak jeśli mógłbyś zmienić przeszłość, to twoja ostateczna wędrówka wyglądałby inaczej? Nie… nie warto nad tym rozmyślać. Zresztą… masz to gdzieś.
      Bo czasu i tak nie cofniesz.
      Teraz też wykazujesz egoizm. Jesteś pewien, że jak go odnajdziesz, będzie ci lepiej; ciążące uczucie zalegające wewnątrz ciebie w końcu zniknie. I w pewnym momencie wnioskujesz, że on, ta chodząca dobroć, do której teraz żałośnie dążysz, przebaczy ci to, bo jest jedyną osobą, będącą w stanie to uczynić.
      I masz nadzieję, że się nie mylisz.
      Oddychasz ciężko i chrapliwie. Jesteś niczym wodne stworzenie wyrzucone przez falę nieszczęsnej doli na wyschnięty, parzący ląd. Pozostawiony na pastwę bezlitosnego słońca. W otoczeniu wszechobecnej udręki i nieopuszczającego cię ani na krok przyjaciela, samotności. Z trudem rozglądasz się na boki. Wciąż ten sam widok. Te same dobijające pejzaże miejsca twego, zbliżającego się nieubłaganie, wieczystego spoczynku.
      To straszne. Ciągle szukasz, ale nigdzie go nie widzisz… Czy nim wydasz ostatnie tchnienie, będzie ci dane go ujrzeć?
      Leżysz w samym środku niczego. Z przymrużonymi powiekami patrzysz na rozległe przestrzenie nieskazitelnego ukojenia twej zmęczonej duszy. Niebo, tak błękitne. Przypomina ci coś dawno utraconego, coś, co porzuciłeś sam… dokładnie wtedy, gdy począłeś zatracać się w nazbyt wyidealizowanych przekonaniach i racjach; ślepo podążyłeś za wyidealizowanym towarzyszem i zwolennikiem twych zamiarów – samotnością, który poprowadził cię ku zgubie. A teraz nie pozwala ci się wycofać. I jak najprawdziwszy przyjaciel oprawca, czuwa nad waszą słodką obietnicą. „Na zawsze”. „N a  z a w s z e…”
      Powoli nadchodzi zmierzch. Chowająca się gdzieś za horyzontem kula zabójczego ognia jest dla ciebie chwilowym wybawieniem. Twoją skórę omiata cudowny powiew chłodu. Te delikatne muśnięcia są istnym balsamem na rozległe poparzenia, których doznałeś. Mimo ledwo odczuwalnej ulgi, nie masz dość sił, by stanąć na nogi i iść dalej. Oplatają cię okropne myśli, że to już koniec. Nie odnajdziesz go. Cały wysiłek poszedł na marne.
      Wszystko poszło na marne…
      Czerń. Gdzie się podział ten błękit? Tak dawno go nie widziałeś. Gdybyś tylko mógł zobaczyć ten skrawek modrego nieba… zamkniętego w jego oczach. Umarłbyś naprawdę szczęśliwy. Ale nie ma na to szans. Nie znalazłeś go… i już nie znajdziesz.
      Nie znajdziesz…
      Jeszcze tu jesteś. A może cię już nie ma?... Obok ciebie samotność. Trochę cię przytłacza. Wasze stosunki zostawiają wiele do życzenia. Ale ten zawsze wierny przyjaciel nie opuszcza cię i jest blisko, bardzo blisko, jest tuż obok; jest w tobie. Z drugiej strony czuwa udręka. Przylgnięta do twojej osoby. Cicho chichocze. Czy nie wie, że i bez niej jest zbyt tłoczno? Pustkowie, ty, samotność oraz udręka.
      Za dużo tu was.
      Wieje mroźny wiatr, a ty i tak odczuwasz duszności. Nieustanne dreszcze porażają twe rozognione ciało. Gorąco. Zimno. Znów gorąco. I ponownie zimno. Masz dość. Myślami przywołujesz jego postać. I ten błękit. Nieopisany błękit utrwalony w tych przejrzystych oczach. Już nie możesz się doczekać kiedy zobaczysz go naprawdę. Nie… przecież go nie zobaczysz.
      Już chyba nigdy go nie zobaczysz.
      Cicho łkasz, chociaż jesteś zbyt odwodniony, by uronić jakąkolwiek łzę. Za jakie grzechy? Dobrze wiesz. Lecz żaden człowiek nie zasługuje na tak żałosny koniec. Zwłaszcza gdy usiłował zatrzeć ślady przeszłości, by odkupić swe błędy, i parł do przodu, po upragnione wybaczenie.
      Czasoprzestrzeń kpi. Wszystko od dłuższego czasu stoi w miejscu. Cisza rozdziera twój niespokojny umysł. Z trudem uchylasz powieki – jedyny gest na który możesz sobie pozwolić – a i tak nie widzisz nic. Tylko ta nieprzenikniona ciemność, jest jawnym odchyłem w zatrzymanej na amen klepsydrze bez choćby najmniejszego ziarnka piasku, gdyż płynie nieprzerwanym, martwym nurtem, odliczając bezczas, odbywający fałszywą wędrówkę w pustej przestrzeni szklanej nicości.
      Ile ta chora wieczność miała zamiar jeszcze trwać? Czemu nie możesz już po prostu skonać? Tak jak to zrobiła twoja złudna nadzieja na ujrzenie tego, który sprawił, że przekierowałeś swój tok myślenia na prawidłowe tory. Umierała powoli, aż w końcu zdechła. I coś ci szepnęło do ucha, że twoja kolej już niedługo. Niedługo, ale kiedy? Ile jeszcze musisz trwać w tej agonii? Czy nie wystarczy, że jesteś świadomy, iż znikniesz z tego padołu nie powiedziawszy jemu, jak niesamowicie żałujesz? Nie wystarczy że nie usłyszysz wybaczenia z jego ust? bądź niemożności uczynienia tego?... Nie wystarczy, iż miałeś już nigdy nie ujrzeć głębokiego błękitu zamkniętego w jego oczach? Czy to naprawdę za mało?...
      Gdyby nie świadomość, taka kolej życia byłaby znośna. Bo to ta uzmysłowiona klęska i bezsilność tak boli. Boli to, iż zostałeś ukarany mimo nawrócenia. Nawróciłeś się, a los tego nie zaakceptował. Los ci nie wybaczył. Wbił ci nóż w plecy. Tak jak kiedyś ty zrobiłeś to jemu, gdy ten dawał ci wybór, co się nieczęsto zdarza, a ty dokonałeś tego niewłaściwego. Jednak ponad wszystko boli to, że on nigdy nie dowie się, iż próbowałeś go odnaleźć, by przeprosić, z całego rozżalonego serca...
      Ciemność nie odchodzi. Nieskończoność nie mija. Niełaska dryfuje w objęciach niedoli.
      Desperacko poruszasz popękanymi wargami w niemym wołaniu. Wołasz go. Rozpaczliwie usiłujesz krzyczeć, ale twoje gardło przypomina zaschnięty strup, którego zdziera najdrobniejsza próba wydania z siebie głosu. Jedyne co udaje ci się z siebie wykrzesać, to stłumiony jęk. I to wszystko.
      Gdyby nie fakt, że „coś” nad tobą zawisło, pewnie dalej byś próbował nawoływania.
      Co to jest?...
      Półprzytomnie patrzysz na to „coś”. Przez chwilę myślisz, że to może śmierć po ciebie przyszła, bo przecież mogłaby już wreszcie to uczynić.  Jednakże ta ułuda szybko znika, kiedy z przygnębieniem zauważasz, że ów „coś”, to tylko stary znajomy twojego byłego najlepszego, lecz wciąż wiernego przyjaciela.
      Świetnie, jeszcze „go” tutaj brakowało, bo przecież miejsca jest od cholery…
      Szaleństwo pochyla się nad tobą z wariackim uśmiechem. A ty powoli zaczynasz się dusić.
      Nie liczysz już czasu. Ta żmudna czynność sprawiała, że ten nowy, wcale nieproszony towarzysz – szaleństwo, popada w frenetyczny nastrój, nasilający się z każdą następną przeliczoną wieczystą sekundą. Usiłujesz też nie myśleć, ponieważ myśli również podsycają obłąkańczą naturę szaleństwa. Zwłaszcza te o nim, niechcące za nic opuścić zmordowanego umysłu. Zwłaszcza te ubrane w wspomnienia, które były, o dziwo, szczęśliwymi datami. Lecz jak masz przestać rozmyślać o utraconej, dawnej przeszłości, tej bez popełnionych błędów? Tej przeszłości, w której byliście on i ty; w której byliście r a z e m. Tej przeszłości będącej darem minionej teraźniejszości… zbyt szybko utraconym darem. Jak masz nie rozmyślać o tych chwilach, porzuconych chwilach, spędzonych z nim, mogących nadal trwać, gdyby nie twój głupi wybór?…
      No jak? Tak się nie da.
      Choćbyś chciał.
      Apodyktyczna noc pokrywa całą zastygłą przestrzeń. Nieboskłon skrył gdzieś księżyc i gwiazdy. Najbledsze światełko nie dociera do twych oczu. Powietrze jest niebywale gęste, co wcale nie ułatwia sprawniejszego pochwytywania tlenu, którego wciąż ci brakuje by móc głęboko odetchnąć w tym zatłoczonym miejscu.
      Niewiarygodne, jak łatwo dałeś się złamać. Niewiarygodne, jak szybko dałeś za wygraną i pozwoliłeś, by twoja mikroskopijna, acz jednak nadzieja, po prostu zdechła. Mawiają, że nadzieja umiera ostatnia. W takim razie, dlaczego w twoim przypadku odeszła pierwsza? Czemu nie mogła, jeżeli już musiała, umrzeć równocześnie z tobą?
      Nadzieja zawsze musi odejść pierwsza, żeby człowiek mógł zadręczać się swoją nieudolnością. Zupełnie tak jak w twoim przypadku; nie możesz znieść tej strasznej niedołężności, która napiera na ciebie bezlitośnie całą mocą, nie możesz zaakceptować tego, iż nie jesteś w stanie tego zmienić, cokolwiek z tym zrobić. To niesprawiedliwe, że tak się stało.
      Ale ty też byłeś niesprawiedliwy. Więc świat wyrównał tylko rachunki.
      Zamykasz ociężale powieki.
Utkwiłeś w miejscu…


      …gdzie koniec to początek gehenny.

______

Wróciłam? Tak, powiedzmy że reaktywuje blog, a powyższe wstawiam na dobry początek. Tekstu nie edytowałam, a napisany już spory czas temu, więc interpunkcja leży i kwiczy, i pewnie nie tylko ona XD Cóż, stroną techniczną zajmę się przy najbliższej okazji :v